Będąc na krótkiej, bo zaledwie jednodniowej wycieczce w Gdańsku zastanawiałam się, gdzie można smacznie zjeść. Zazwyczaj nie sugeruję się stronami typu TripAdvisor, zawsze wydawały mi się mało wiarygodne - można tam znaleźć rzetelne recenzje, bardzo często dodawane są zdjęcia poszczególnych potraw, co uważam za plus, ale ogrom recenzji sprowadza się też do "smakowało mi/nie smakowało, bo tak/ bo nie". Lubię mieć rozeznanie i z chęcią czytam pochlebne recenzje, jak i również konstruktywną krytykę. Poza tym, już nie czepiając się tylko wspomnianego TripAdvisora, często strony tego typu są dla mnie nie tyle mało przejrzyste, co zwyczajnie nieestetyczne. Ale może za bardzo się czepiam?
Do Pobitych Garów trafiłam za sprawą Krytyki Kulinarnej, która stanowi dla mnie wyznacznik jakości w bardzo wielu zróżnicowanych miejscach (od typu fine dining do uczciwej, domowej kuchni). Przy okazji skłoniła mnie lokalizacja tego miejsca, notabene normalna okolica, a tak się złożyło, że byłam w pobliżu. Może być ciężko z miejscem do parkowania, ale z racji dosyć wczesnej pory,nie mieliśmy z tym problemu.
Wnętrze lokalu bardzo przyjemne, to bistro gdzie mamy miło spędzić czas w luźnej atmosferze. Bardzo spodobała mi się roślinność i drewniane półki, można było się poczuć, jak u kogoś w domu w odwiedzinach. Klimacik i wystrój jak najbardziej na plus.
Ceny też frontem do gościa. Nie była to najniższa półka, ale też nie było w niej przesady - ceny są bardzo adekwatne - do jakości, porcji, lokalizacji, charakteru miejsca.
Karta jest dosyć obszerna, coś typu "każdy znajdzie coś dla siebie". Są więc propozycje śniadaniowe, dwie strony menu samych napojów i alkoholi wszelakich, oraz nieśmiertelna pizza. Doceniam to, że mieli wyciskane soki na miejscu. Ale szczerze, trochę nie za dużo tego?
My postanowiliśmy nie zamawiać nic do picia, zwyczajnie nie mieliśmy na to ochoty. Alkohol odpadał, mój towarzysz prowadził, a ja nie miałam ochoty. Postanowiliśmy spróbować dań głównych, ja jeszcze pokusiłam się o przystawkę.
Przedtem na naszym stole, jako czekadełko, pojawił się chleb i oliwa z oliwek. Ta oliwa! Była bardzo smaczna i bałam się, że zjem wszystko, zanim dotrze przystawka.
I tak oto wybrałam tatara wołowego (ok. 30zł). Bardzo mi smakował, mięso nie ciągnęło się, było świeże. Dodatkowo porcja więcej niż solidna. Przyznaję, że przegryzałam go chlebem z oliwą, pod koniec byłam prawie pełna. Ale warto było. Nie powaliło mnie to na kolana, nie był to tatar z najwyższej możliwej półki, ale jak najbardziej polecam.
Mój towarzysz zdecydował się na makaron udon (32 zł) z wołowiną, pędami bambusa, sosem ostrygowym, orzechami, kiełkami, papryką i cebulą. Kluseczki wilgotne, mięsiste, ale szczerze, to danie trochę mnie rozczarowało. Nie było złe, raczej niczym nie zachwycało i było zjadliwe - trochę jak popularny "chinol" w smaku, tylko z lepszej jakości składnikami.
Ja natomiast wybrałam perliczkę z puree z topinamburu, sosem demi glace, borowikami i groszkiem. Ogólnie to nie było złe danie. Smakowało mi, i każdy składnik tego dania był dobry. I krem, lekko orzechowy i słodkawy, i bardzo delikatna, słodkawa perliczka, i grzyby, i ciemny, mięsny sos. Tylko to wszystko razem było bardzo intensywne i wydawało mi się, że ogólnie przyćmiewa smak perliczki. Każdy składnik był bardzo intensywny i w takim towarzystwie perliczce ciężko było się dostać na pierwszy plan.
Obsługa miła i dba o gościa. Zazwyczaj zostawiam napiwek, i tak też było tym razem. Za dwa dania główne + przystawkę (i czekadełko gratis, a tą oliwę pamiętam do dziś) zapłaciliśmy coś około 80-90 zł. Nie wydaje mi się to wybitnie dużo. Tym bardziej, jak pisałam, porcje były spore, a dania syte. Smak jest najważniejszy, chociaż w tym przypadku nie do końca to zagrało. Nie było źle, nie było wybitnie. Było adekwatnie. Mogłabym polecić, mogłabym też iść ponownie, by zweryfikować, czy się sprawdzają, czy też niedociągnięcia są powszechniejsze.



Komentarze
Prześlij komentarz